W zeszłym roku, kiedy zastanawiałam się jak nazwać ten blog, przyszła mi do głowy nazwa Dobry Ruch. Pierwszym, co wtedy zrobiłam było sprawdzenie, czy już ktoś takiej nazwy nie używa. Wrzuciłam, więc w wyszukiwarkę hasło „dobry ruch pilates”, a wyniki wyszukiwania były dla mnie podwójnie szczęśliwe.
Po pierwsze okazało się, że jeszcze nikt nie wpadł na podobną nazwę – zatem mogłam tak nazwać swój blog. Drugim ważnym efektem wyszukiwania była szkoła Dobry Pilates, szczęśliwie mieszcząca się w Warszawie.
Tamtego dnia otworzyły się przede mną dwie interesujące perspektywy – prowadzenie bloga oraz poznanie metody Body Control Pilates, która zmieniła moje postrzeganie ćwiczeń pilates.

Albo jogi. Albo projektantką biżuterii, ceramiki, ubrań itp. Lub znaną blogerką. Może nawet rzeźbiarką w zapadłej wiosce w Bieszczadach. Kimkolwiek, byle tylko dalej od “tych przeklętych korporacji”. Korporacji, które “wysysają siły życiowe”, “odczłowieczają”, “odbierają radość życia” i co tam jeszcze komu do głowy przyjdzie.
W ostatnich latach to bardzo modny nurt. Sama z początku patrzyłam z zazdrością, na tych zaradnych, odważnych i kreatywnych, którzy mieli odwagę realizować swoje pasje i jeszcze na tym zarabiać. Później temat mi spowszedniał i zupełnie przestałam zwracać na niego uwagę. Jednak, kiedy kilka lat temu zaczęłam intensywnie ćwiczyć pilates, a później zrobiłam kurs instruktorski, spojrzałam na sprawę z zupełnie innej perspektywy. Nagle, potencjalnie znalazłam się w gronie osób, które mogłyby zostawić korporację i zupełnie zmienić kierunek swojej kariery zawodowej.

Jeśli na prawdę bardzo nie lubicie tłumów, to w ogóle nie warto odwiedzać dużych miast, a zwłaszcza tak zatłoczonych jak Praga.
Ja odwiedziłam Pragę w tygodniu po świętach i najwyraźniej nie był to najbardziej oblegany termin. Turystów było niewielu, a Polaków, którzy stanowią bardzo liczną grupę odwiedzających Pragę – jak na lekarstwo (pewnie większość szykowała się na majówkę).
Podczas mojej wizyty, najbardziej przypadły mi do gustu trzy miejsca, które mają dwie wspólne cechy – było tam najmniej turystów i najwięcej zieleni. O tym, jakie to miejsca możecie przeczytać w dzisiejszym wpisie.

My kobiety już tak mamy, że lubimy mieć w torebce wszystkie rzeczy, które mogą nam się przydać w ciągu dnia: kosmetyki do poprawiania makijażu, szczoteczkę do zębów, szczotkę do włosów, chusteczki do nosa, chusteczki nawilżane, leki (ja mam nawet rękawiczki gumowe i maseczkę do udzielania pierwszej pomocy), pilniczki, nożyczki, miarki, a nawet obcęgi, czy śrubokręty, które wydawałoby się, są domeną mężczyzn… To taki nasz „syndrom torby Hermiony” (przepastnej, magicznej torebki, z której bohaterka sagi o Harrym Potterze w wyciąga wszystko, czego akurat potrzebuje, a w pewnym momencie nawet namiot). Jeśli do tego po pracy chodzimy na zajęcia fitness, to wtedy zmieniamy się już w wielbłąda dwugarbnego (na co dzień jesteśmy tylko zwykłym, jednogarbnym dromaderem).
Dlatego, w trosce o mój kręgosłup, nie tylko ćwiczę, ale także staram się aby mój ekwipunek na zajęcia nie był dla niego dodatkowym stresorem. O trikach, które w tym temacie wypracowałam dowiecie się z dzisiejszego posta.

Odkąd odkryłam szkołę jogi na Długiej, często polecam ją znajomym lub klientom, którzy mają ochotę pójść na jogę, ale się boją. Boją się bo ich ciała są zesztywniałe, bo myślą że żeby ćwiczyć jogę trzeba mieć nadludzkie umiejętności, ale najczęściej boją się, ponieważ mają wady kręgosłupa lub kontuzje i nie chcą sobie zrobić krzywdy.
Właśnie takim osobom polecam zajęcia na Długiej. A i sama ochoczo tam uczęszczam :)