Albo jogi. Albo projektantką biżuterii, ceramiki, ubrań itp. Lub znaną blogerką. Może nawet rzeźbiarką w zapadłej wiosce w Bieszczadach. Kimkolwiek, byle tylko dalej od “tych przeklętych korporacji”. Korporacji, które “wysysają siły życiowe”, “odczłowieczają”, “odbierają radość życia” i co tam jeszcze komu do głowy przyjdzie.
W ostatnich latach to bardzo modny nurt. Sama z początku patrzyłam z zazdrością, na tych zaradnych, odważnych i kreatywnych, którzy mieli odwagę realizować swoje pasje i jeszcze na tym zarabiać. Później temat mi spowszedniał i zupełnie przestałam zwracać na niego uwagę. Jednak, kiedy kilka lat temu zaczęłam intensywnie ćwiczyć pilates, a później zrobiłam kurs instruktorski, spojrzałam na sprawę z zupełnie innej perspektywy. Nagle, potencjalnie znalazłam się w gronie osób, które mogłyby zostawić korporację i zupełnie zmienić kierunek swojej kariery zawodowej.

Ani w szkole, ani na studiach, nie mamy zazwyczaj komfortu wyboru nauczycieli. W pracy trafiamy na szefa i też, oprócz zmiany pracy, nic z tym nie możemy zrobić. Za to na zajęciach fitness, pilates, jogi… to co innego! Tu w końcu możemy sami zadecydować, od kogo chcemy się uczyć i z kim chcemy się wspólnie „pomęczyć” na zajęciach. Wybór odpowiedniego nauczyciela jest ważny, ponieważ od niego często zależy czy utrzymamy daną aktywność i będziemy chętnie chodzili na zajęcia, czy się szybko zniechęcimy. Jak go dokonać? Na co zwrócić uwagę?

Tytuł dzisiejszego wpisu jest dosyć przekorny, bo zanim sama zdobyłam się na pierwsze próby medytacji, przeczytałam wiele książek i artykułów na ten temat. Ten czas, choć nie w pełni zmarnowany (to były zazwyczaj bardzo ciekawe książki!), mogłam z pewnością wykorzystać lepiej – np. zaczynając medytować.
Żeby nie prowokować Was do podobnego błędu dzisiejszy post będzie bardzo krótki!

Niby grudniowa krzątanina w toku, niby świąteczne ozdoby wiszą wszędzie, niby mnóstwo spotkań i spraw do załatwienia, a część z nich na prawdę przyjemna, ale gdzieś z tyłu głowy pojawia się to uczucie zmęczenia, znużenia, bezsensu. Bo dni co raz krótsze. Bo ciemno. Bo zimno. Bo przecież za chwilę cały ten świąteczny nastrój się skończy. Tuż po odpaleniu ostatnich Sylwestrowych fajerwerków nadejdzie długi, szary i zadłużony styczeń (tak, tak świąteczne prezenty plus pensja wypłacona w grudniu o te kilka dni wcześniej – musi teraz wystarczyć na święta i cały styczeń).
I jeśli podobnie jak mnie, nachodzą was czasem jesienno–zimową porą takie myśli, to możecie wypróbować jeden z moich sposobów na zimowego „dola” i przedświąteczne przemęczenie.

Czy zdarzyło Wam się obserwować własne myśli? Nie podczas wykonywania konkretnego zadania, ale np. w trakcie podróży autobusem, kąpieli, czy sprzątania mieszkania? Co robią “puszczone samopas”? Nie wiem jak Wasze, ale moje lubią „odpływać” i podążać w różnych, niekoniecznie pożądanych przeze mnie kierunkach…
Czy da się je opanować? Jak to zrobić? I czy każdemu możne się to udać? A może aby to zrobić trzeba posiadać jakieś nadludzkie moce? Chcecie poznać mój prosty i sprawdzony sposób? Zapraszam do przeczytania dzisiejszego posta.