Dzisiaj chcę podzielić się z wami moim sobotnim rytuałem jogowym. Nie są to zwykłe zajęcia, gdzie nauczyciel kontroluje czas i po godzinie lub półtorej biegnie się do szatni przebierać razem z tłumem ludzi, którzy już szykują się na następne zajęcia.
Żeby wziąć udział w sobotnich zajęciach, o których piszę trzeba zarezerwować sobie od 1,5 do 2,5 h z sobotniego popołudnia. Ponieważ tutaj nikt nie patrzy na zegar, nie pogania, a same zajęcia są swego rodzaju cotygodniowym warsztatem pracy nad sobą.

Tytuł dzisiejszego wpisu jest dosyć przekorny, bo zanim sama zdobyłam się na pierwsze próby medytacji, przeczytałam wiele książek i artykułów na ten temat. Ten czas, choć nie w pełni zmarnowany (to były zazwyczaj bardzo ciekawe książki!), mogłam z pewnością wykorzystać lepiej – np. zaczynając medytować.
Żeby nie prowokować Was do podobnego błędu dzisiejszy post będzie bardzo krótki!

Czy zdarzyło Wam się obserwować własne myśli? Nie podczas wykonywania konkretnego zadania, ale np. w trakcie podróży autobusem, kąpieli, czy sprzątania mieszkania? Co robią “puszczone samopas”? Nie wiem jak Wasze, ale moje lubią „odpływać” i podążać w różnych, niekoniecznie pożądanych przeze mnie kierunkach…
Czy da się je opanować? Jak to zrobić? I czy każdemu możne się to udać? A może aby to zrobić trzeba posiadać jakieś nadludzkie moce? Chcecie poznać mój prosty i sprawdzony sposób? Zapraszam do przeczytania dzisiejszego posta.