My kobiety już tak mamy, że lubimy mieć w torebce wszystkie rzeczy, które mogą nam się przydać w ciągu dnia: kosmetyki do poprawiania makijażu, szczoteczkę do zębów, szczotkę do włosów, chusteczki do nosa, chusteczki nawilżane, leki (ja mam nawet rękawiczki gumowe i maseczkę do udzielania pierwszej pomocy), pilniczki, nożyczki, miarki, a nawet obcęgi, czy śrubokręty, które wydawałoby się, są domeną mężczyzn… To taki nasz „syndrom torby Hermiony” (przepastnej, magicznej torebki, z której bohaterka sagi o Harrym Potterze w wyciąga wszystko, czego akurat potrzebuje, a w pewnym momencie nawet namiot). Jeśli do tego po pracy chodzimy na zajęcia fitness, to wtedy zmieniamy się już w wielbłąda dwugarbnego (na co dzień jesteśmy tylko zwykłym, jednogarbnym dromaderem).
Dlatego, w trosce o mój kręgosłup, nie tylko ćwiczę, ale także staram się aby mój ekwipunek na zajęcia nie był dla niego dodatkowym stresorem. O trikach, które w tym temacie wypracowałam dowiecie się z dzisiejszego posta.

Do tej pory moje podejście do ubrań sportowych było raczej ascetyczne. Wyznaję zasadę, że to nie ubranie ćwiczy i żadne profesjonalne stroje nie są mi potrzebne. Jednak ostatnio wpadły mi w oko pewne legginsy, dla których postanowiłam złamać swoje żelazne zasady.
Czy było warto i czy jestem zadowolona z nowych legginsów możecie przeczytać w dzisiejszym wpisie.