Odkąd odkryłam szkołę jogi na Długiej, często polecam ją znajomym lub klientom, którzy mają ochotę pójść na jogę, ale się boją. Boją się bo ich ciała są zesztywniałe, bo myślą że żeby ćwiczyć jogę trzeba mieć nadludzkie umiejętności, ale najczęściej boją się, ponieważ mają wady kręgosłupa lub kontuzje i nie chcą sobie zrobić krzywdy.
Właśnie takim osobom polecam zajęcia na Długiej. A i sama ochoczo tam uczęszczam :)

Dzisiaj chcę podzielić się z wami moim sobotnim rytuałem jogowym. Nie są to zwykłe zajęcia, gdzie nauczyciel kontroluje czas i po godzinie lub półtorej biegnie się do szatni przebierać razem z tłumem ludzi, którzy już szykują się na następne zajęcia.
Żeby wziąć udział w sobotnich zajęciach, o których piszę trzeba zarezerwować sobie od 1,5 do 2,5 h z sobotniego popołudnia. Ponieważ tutaj nikt nie patrzy na zegar, nie pogania, a same zajęcia są swego rodzaju cotygodniowym warsztatem pracy nad sobą.

Uwielbiam wyszukiwać, kolekcjonować i w końcu realizować pomysły na weekend. Jedne są mniejsze i nie wymagają wielkiej organizacji, inne są bardziej skomplikowane, czasochłonne czy kosztowne. Lubię zarówno etap planowania, jak i wcielania planu w życie. Poszukuję zabytków, zamków, miasteczek, lasów, parków, jezior, knajpek, tras rowerowych, czyli po prostu miejsc w których można po tygodniu pracy oderwać się od codzienności, zrelaksować i ciekawie spędzić czas.  Można zatem powiedzieć, że jestem u nas w domu kimś w rodzaju KO-wca.

Czy da się ominąć święta? Pewnie nie wszyscy będą mieli na to ochotę, ale ze swojej strony mogę zapewnić – da się!  Dla osób, u których w rodzinie jest silna tradycja wspólnego spędzania świąt Bożego Narodzenia, byłoby to trudne, czasem prawie niemożliwe, a czasem zupełnie bezcelowe ;) Jeśli ktoś uwielbia święta i nie wyobraża sobie spędzenia ich poza gronem najbliższych, nawet nie zamierzam go przekonywać, że są także inne przyjemne sposoby ;)

Dla mnie jesień oznacza koniec. Koniec lata, koniec ciepłych wieczorów, koniec wycieczek rowerowych i kąpieli w jeziorze. Dla R. jesień to ulubiona pora roku.  Melancholia, jesienne spacery i oczekiwanie na wyjazd na deskę.
Dlatego, aby zapobiec mojej jesiennej rozpaczy, a celebrować melancholijny nastrój R. w ostatni weekend wybraliśmy się do Szczyrku. Mieliśmy też cel jak najbardziej praktyczny – R. chciał zrobić rozeznanie terenu pod kątem paralotniowym.